Thursday, December 31, 2015

Monte Carlo

I'm one of those good souls who never partied in the college. But 8 years ago in England I started finally going out. I had a boyfriend in December 2006. G. worked and lived with two Polish guys at Butleigh. They organized New Year's Eve party and I was invited. In the early morning G. and his mates accompanied me to Street.


couldn't open the door. I kept calling Kasia but she wouldn't answer. One of Poles offered climbing up gutter-pipe to reach my friend's bedroom window. He was doing well, but the pipe didn't bear his weight and broke making big noise. It was real fun:) It's been 5 years that we repeat the same New Year's Eve over and over again.

Our tradition is: dinner with in-laws, watching International Circus Festival of Monte Carlo and glass of sparkling wine in the midnight. Every time when I look at clowns and acrobats I want to go out and let my hair down. I'd like to drink and raise my voice and get a little out of line… But I won't.

P.S. Happy New Year 2016!

Jestem jednym z tych poczciwców, którzy nie imprezowali na studiach – ale 8 lat temu w Anglii zaczęłam wreszcie wychodzić z chałupy. Miałam chłopaka w grudniu 2006. G. pracował i mieszkał z dwoma Polakami w Butleigh. Zorganizowali imprezę noworoczną, byłam zaproszona. Nad ranem G. i jego znajomi odwieźli mnie do Street.

Nie mogłam otworzyć drzwi. Dzwoniłam do Kasi, ale nie odpowiadała. Jeden z Polaków zaproponował, że wdrapie się po rynnie do okna sypialni mojej przyjaciółki. Dobrze mu szło, ale rynna nie wytrzymała ciężaru i złamała się, czyniąc wielki hałas. Mieliśmy niezły ubaw:) Od 5 lat powtarzamy ten sam scenariusz w Sylwestra.

Nasza tradycja to kolacja z teściami, oglądanie Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Cyrkowej w Monte Carlo i kieliszek gazowanego wina o północy. Za każdym razem, kiedy patrzę na akrobatów i klownów ogarnia mnie pragnienie szalonej zabawy. Chciałabym pić, podnosić głos, przekroczyć nieco granicę… Ale nic z tego.

P.S. Szczęśliwego Nowego Roku 2016!

Thursday, December 24, 2015

Religious consolation/Pociecha religijna

Some doctrines says, that suffering is an illusion. One would think: “Rubbish, you wouldn't say it to a person who is about to die!” In volume II of my beloved book, good soldier Švejk was sentenced to hang. A priest went to give him last comfort. The prisoner wasn't sad at all and started revealing funny stories.
httpwww.topissimo.fr

He told the chaplain about a hotel porter Faustyn, who knew every “working” girls. He was sending them to the clients. Faustyn wasn't taking any money from the women. When accused of procuration, he was disgusted and asked Švejk to throw him from the window, which he did (without any harm as he lived on the ground-floor).

Švejk lives happily in the midst of the war. He's not afraid of anything, never worries about the future, he's not stuck in the past, Švejk lives only in the present, that's why he enjoyes hot milk in the psychiatric hospital. People thought he was stupid, but being independent to circumstances, isn't a smart thing?

P.S. Merry Christmas with Justino!

Niektóre doktryny mówią, że cierpienie jest iluzją. Ktoś mógłby pomyśleć: “Bzdury, nie powiesz tego człowiekowi, który stoi w obliczu śmierci!” W II tomie mojej ukochanej książki dobry wojak Szwejk ma być powieszony. Kapelan odwiedza go, by udzielić pociechy. Więzień nie jest smutny, zaczyna opowiadać śmieszne historyjki.

Mówi księdzu o hotelowym odźwiernym, Faustynie, który znał wszystkie “pracujące” dziewczyny i przysyłał je klientom. Faustyn nie brał pieniędzy od kobiet. Kiedy oskarżono go o stręczycielstwo, był tak oburzony, że poprosił Szwejka, aby go wyrzuci przez okno, co ten uczynił (bez żadnej szkody, bo mieszkał na parterze).

Szwejk egzystuje zadowolony podczas wojny. Niczego się nie boi, nie martwi o swoją przyszłość i nie dręczy przeszłością. Szwejk żyje teraźniejszością, dlatego docenia ciepłe mleko w szpitalu psychiatrycznym. Ludzie uważali go za idiotę, ale bycie niezależnym od okoliczności to całkiem niegłupia rzecz.

P.S. Wesołych Świąt z Justino!


Sunday, December 20, 2015

The end of the world/Koniec świata

I was reading that Nostradamus predicted third World War in 2016. The same said less known Baba Vanga. The blind pensioner who predicted 9/11 terror attacks and tsunami of 2004 warned of an invasion of Europe by Muslim extremists next year.

Vanga reportedly said Europe will 'cease to exist' by the end of next year, leaving the continent 'almost empty' and a 'wasteland almost entirely devoid of any form of life'.” I was impressed. Will our world end? Anthony de Mello wrote that his sister despaired when their mother died of cancer. “How can God allow that?” - She asked.

You never said that when last year thousands of Chinese died of hunger!” - He told her. Now when I'm writing this the world of so many people is ending. The women I saw in Oncology Ward. The innocent victims of armed conflict in Syria - probably they ask: “Why does it happen to me?” It's good to not know what the future holds.

Czytałam że Nostradamus przewidział III wojnę w 2016 r. To samo mówiła mniej znana Baba Vanga. Niewidoma emerytka, która przepowiedziała ataki 9/11 i tsunami w 2004 ostrzegła przed inwazją Europy przez muzułmańskich ekstremistów w przyszłym roku.

Vanga miała powiedzieć, że Europa przestanie istnieć w końcu 2016 r. Kontynent stanie się 'prawie pusty' będzie 'nieużytkiem prawie pozbawionym jakichkolwiek form życia”. Byłam pod wrażeniem. Czy nasz świat się skończy? Anthony de Mello napisał, że jego siostra rozpaczała, kiedy ich matka zmarła na raka. “Jak Bóg mógł na to pozwolić?” - pytała.

Nie powiedziałaś tego, kiedy w zeszłym roku tysiące Chińczyków zmarło z głodu!” - odparł. Kiedy to piszę, świat tak wielu ludzi się kończy. Kobiety, które widziałam na oddziale onkologii. Niewinne ofiary konfliktów w Syrii - pewnie pytają: “Czemu mnie to spotkało?” Dobrze jest nie wiedzieć, co kryje dla nas przyszłość.


Thursday, December 17, 2015

The funniest post/Najzabawniejszy post

Needless to say, that I care if someone reads my blog and I look at statistics daily. It seems to me that the more laborious the post is, the less is liked. Lucid dream for example had miserable 31 views so far, while Christmas Eve 213. Clearly people prefer reading about something familiar, like getting drunk and making rows. 

Blogger – let's call her A. - needed a bag. She bought one (with good discount) in a Chinese store and wrote about it. Blogger B. is documenting her daily life, child's diseases and so on. I quite enjoyed looking at the photos of her son eating sausage in the town fair. According to the comments, A. and B. blogs are more successful than mine.

Instead of seeking info about lucid dreaming, would be better if I write about Christmas shopping. I was talking about it with my husband. “Do you want a present?” - I asked. “No!” - He said. Never mind, I can reveal how police went to the flat I used to live in Street. Bet it'll be liked, just like Vodka Cola :)

Nie trzeba mówić, że zależy mi, czy ktoś czyta mój blog i codziennie zaglądam do statystyk. Zdaje się, że im bardziej pracochłonny jest post, tym mniej się podoba. Świadomy sen na przykład miał jak dotąd nędzne 31 wyświetleń, podczas gdy Wigilia 213. Ludzie wolą czytać o czymś znanym, jak upicie się i awanturowanie.

Blogerka – nazwijmy ją A. potrzebowała torebki. Kupiła ją – z dobrą zniżką – w chińskim sklepie i napisała o tym. Blogerka B. dokumentuje codzienne życie, choroby dziecka itd. Z przyjemnością patrzyłam na zdjęcia jej syna, jedzącego kiełbaski na jarmarku. Wnioskując z komentarzy blogi A. i B. są bardziej poczytne od mojego.

Zamiast szukać informacji na temat świadomego snu, lepiej napisać o świątecznych zakupach. Rozmawiałam o tym z mężem. “Chcesz jakiś prezent?” - spytałam. “Nie!” - odparł. Nieważne, mogę opowiedzieć, jak policja przyszła do domu, w którym mieszkałam w Street. Na pewno się spodoba, całkiem jak Wódka z colą :)

Sunday, December 13, 2015

Writer's Paradise/Pisarski raj

I googled: “How much does it cost to publish a book”. I saw lots of “friendly” publishing houses inviting new authors to size the opportunity. They explain book costs (editing, cost of cover art, printing etc). It's so easy, everyone can do it. I looked through the titles. Hundreds of books which won't get anyone except author's friends and family. 
The photo from publishing perspectives

Vanity Press companies make money by publishing 100 copies of hundreds of thousands of books. Subsidy publisher don't bother about marketing the book – they had they money already. “For every book that is published thousands of manuscripts go unpublished” subsidy advertisement proclaim.

It does not mean, however, that those books should have been published. Commercial publishers base their decisions on whether they believe a book will sell to reader. Subsidy publishers make their money directly from the writer, and only secondarily from the reader. One thing is certain: you won't reach writer's paradise if you hit the "pay&publish" button!

Wpisałam “Ile kosztuje wydanie książki” w wyszukiwarkę i ujrzałam wiele “przyjaznych” wydawnictw, zapraszają autorów, by skorzystać z okazji. Wyjaśniają koszta (redakcja, cena okładki, druk itd.) Bardzo proste, każdy to może zrobić. Patrzyłam na setki tytułów. Nie dotrą do nikogo, oprócz znajomych i rodziny autora.

Vanity Press zarabia, wydając ok. 100 egzemplarzy setek tysięcy różnych książek. Wydawnictwa ze współfinansowaniem nie zawracają sobie głowy promocją, bo pieniądze dostały. “Na jedną opublikowaną książkę przypadają tysiące niewydanych maszynopisów!” - głoszą ich reklamy. Nie znaczy to, że te tysiące książek powinny się ukazać.

Tradycyjni” wydawcy wydają decyzję na podstawie tego, czy ich zdaniem książka się sprzeda. Vanity press zarabia pieniądze wprost dzięki autorom, czytelnicy są drugorzędni. Jedno jest pewne: jeśli naciśniesz przycisk "płać&publikuj", do pisarskiego raju nie wlecisz!

Thursday, December 10, 2015

Christmas Eve/Wigilia

I don't like Christmas - probably because it makes me miss things I can't have. Besides, I find all that “forced fun” a bit painful. But 8 years ago in England I had fun indeed. On Christmas Eve 2006 I invited our Polish friends with Kasia. Some of them however went that night to ENVY. We waited for them. B. was back at about midnight. 
The photo from seanhamptoncole.wordpress.com

He was upset because he had a big row with I. Apparently she took her shoes off ad performed pole dance in the nightclub. B. felt she's spoiling the honour of Polish girl. He was hiding her shoes which made I. really mad. She dropped into our flat shortly after B. I don't think I ever heard someone screaming and swearing like that.

If I remember well she made poor B. cry. The next day I found a letter from our neighbour: she complained about the noise. I went to apologize. “Our friend just broke up with her boyfriend!”- I lied. “She was despairing.” I promised that it won't happen again, the neighbour was sympathetic. The funniest Christmas ever:)

Nie lubię Świąt - pewnie dlatego, że brakuje mi rzeczy, których nie mam. Poza tym, cała ta “przymuszona zabawa” jest trochę męcząca. Ale 8 lat temu w Anglii naprawdę się dobrze bawiłam. Zaprosiłyśmy polskich znajomych na Wigilię 2006 z Kasią. Niektórzy z nich poszli tego wieczoru do ENVY. Czekaliśmy, B. zjawił się koło północy.

Był zły, bo pokłócił się z I. Według jego opowieści, dziewczyna zdjęła buty i zatańczyła koło rury w dyskotece. Sądził, że plami honor polskiej dziewczyny, schował jej kozaki, co okropnie zdenerwowało I. Wpadła do naszego mieszkania zaraz po B. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek słyszała, że ktoś tak klął i wrzeszczał.

Jeśli dobrze pamiętam, doprowadziła biednego B. do płaczu. Następnego dnia znalazłam list od sąsiadki: narzekała na hałas. Poszłam ją przepraszać. “Nasza przyjaciółka właśnie zerwała z chłopakiem!” - skłamałam. “Była zdesperowana”. Obiecałam, że to się nie powtórzy, sąsiadka wykazała zrozumienie. Moje najzabawniejsze Święta:)


Saturday, December 5, 2015

Lucid dream/Świadomy sen

I dreamed that we meet again and started talking. It was so real – even when I was awake. I felt like I was with you in my dream. As far as our brains are concerned “seeing is believing”. The “lucid dreamerssay they can fly or walk trough walls.

The practice of lucid dreaming has been around for over 3000 years. It's when you realize, 'Aha! I’m dreaming!' while you’re still asleep. Once you become conscious within a dream, you can interact with and direct it at will.” One can choose fly through the sky or to walk on exotic beach and everything feels real.

We spend roughly a third of our lives asleep, that means a years of our lives pass us by unnoticed. Why not practise the art of being conscious within you dream? Once you get it, everything could happen! So, like Sonny's male lover Leon said in “Dog Day Afternoon”: “I'll see you in my dreams, huh?”.

Śniłam, że spotkaliśmy się i zaczęliśmy rozmawiać. Było to takie prawdziwe – nawet, gdy się zbudziłam. Jakbyśmy byli razem we śnie. Jeśli chodzi o mózg, pracuje on na zasadzie: “Zobaczyć znaczy uwierzyć”. “Śniący świadomie” mówią, że potrafią latać albo przechodzić przez ściany.

Praktyka świadomego snu znana jest od 3000 lat. To zdarza się, gdy pojmiesz: “Ja śnię!” kiedy wciąż jeszcze śpisz. Kiedy jesteś świadomy we śnie, możesz robić to, co zechcesz. Wybrać szybowanie w chmurach albo spacer po egzotycznej plaży. Wszystko zdaje się rzeczywiste.

Spędzamy około 1/3 życia we śnie – oznacza to, że całe lata mijają niezauważone. Dlaczego nie praktykować sztuki bycia świadomym we śnie? Kiedy się ją opanuje, wszystko może się zdarzyć. A więc, jak powiedział Leon, kochanek Sonnego w “Pieskim popołudniu”: “Zobaczę cię we śnie”.

Wednesday, December 2, 2015

Women's Island/Wyspa kobiet

I have to watch cartoons quite often. One could learn some interesting things from them. Vicke is the son of the leader of Viking Village. He often travels with his dad. One day the group of Vikings got “Women's Island” ruled by group of – let's say – Women Viking. The strong ladies were travelling, fighting and doing other funny things. 

There was something wrong happening there. The men were forced to wear aprons… They were cooking and cleaning, such humiliation! I was thinking: “Wait a minute, but how the life is! Us, women we are the oppressed majority!” A friend shared this on Facebook.

A tragicomic day in the life of a man who struggles for equality in a society dominated by women. In the end of that film he gets raped, but I think it's wrong. The “womanized” man should be back home, cook and, wash the dishes while his working wife would tell him what and how to do. That's the way life is!

Muszę oglądać bajki dość często. Można się z nich dowiedzieć bardzo ciekawych rzeczy. Vicky to syn przywódcy Wioski Wikingów. Często podróżuje z tatą. Pewnego dnia grupa Wikingów dotarła do – nazwijmy ją – Wyspy Kobiet. Umięśnione panie podróżowały, walczyły i robiły inne ciekawe rzeczy.

Działo się tam coś bardzo złego. Mężczyźni byli zmuszeni nosić fartuchy… Gotowali i zmywali, co za poniżenie! Myślałam: “Chwila, takie właśnie jest życie! My, kobiety jesteśmy uciśnioną mniejszością!” Znajoma umieściła ten link na Facebook.

Tragikomiczny dzień z życia mężczyzny, który walczy o równość w społeczeństwie z zdominowanym przez kobiety. Na końcu filmu zostaje zgwałcony, ale myślę, że to błąd. “Zniewieściały” mężczyzna powinien wrócić do domu, gotować, zmywać, podczas gdy pracująca żona mówiłaby, co i jak ma robić. Takie jest życie!

Sunday, November 29, 2015

Stigma/Stygmat

I heard a story about a man, who was seemed to like a girl. One day he went to talk with her father. “I'll marry your daughter, but you need to give me the money I urgently need now!” - He said. The young man was unable to strike a bargain, but the story has spread… The biggest problem with self-publishing is the stigma associated with it. 

The public conception is against them. “Self-pubs should not be called authors!” An author who can’t get anyone in the book publishing world to respond often wants to believe that my book is really good, but “traditional” publisher won't deal with a new author. A quote form “The Prague Cemetery” by Umberto Eco.

It's always like that. If you fail, you're seeking for someone to blame and justify your failure”. “Traditional” publishers are still seeking new authors, but they have to give them good book. And if someone wants money for what should be for free, think twice before dealing with him.

Słyszałam opowieść o mężczyźnie, który zdawał się być zainteresowany dziewczyną. Pewnego dnia poszedł na rozmowę z jej ojcem. “Ożenię się z twoją córką, jeśli dasz mi pieniądze, których mi teraz potrzeba!” - powiedział. Nie dobił targu, zamiast tego, historia się rozeszła… Największy problem self-publishing to wiążący się z nim stygmat.

Opinia publiczna jest przeciwko nim. “Selfy nie powinni nazywać się autorami!” Pisarz, któremu nie udało się znaleźć w wydawniczym światku nikogo, kto zechciałby odpowiedzieć chce wierzyć, że jego książka jest dobra, ale “tradycyjni” nie lubią debiutantów. Cytat z “Cmentarza w Pradze” U.Eco.

Zawsze tak jest – jeśli ci się nie powiedzie, szukasz kogoś, aby oskarżając go, usprawiedliwić swoje niedołęstwo”. “Tradycyjni” wydawcy szukają nowych autorów, lecz ci muszą im dac dobrą książkę. A jeśli ktoś jeśli ktoś chce pieniędzy za coś, co powinno być za darmo, trzeba dobrze się zastanowić, zanim ubije się z nim interes.

Friday, November 27, 2015

Her nice slow life/Jej miłe, powolne życie

Sometimes it happens that a nice feeling is starting to spread when I'm – let's say – doing laundry. Which is strange because things aren't perfect now. But maybe “There is no more to life than being happy”? The author of My Slow Nice Life lives in her dream house in the woods. Listening to nature sounds makes her feel good.
Zdjęcie z myslownicelife.blogspot.com

She's enjoying being a mother-of three and feels “lucky” to have such a good husband. Wiola left demanding full-time job and loves her work from terraced home. She's happier than she has ever been making cheesecake with 10 eggs and drinking coffee&cocoa. I especially like reading especially about “slow cooking”.

Leczo cooked in 7 litres pan – red and green peppers, onions, tomatoes and polish sausage. “Real” raspberry juice. Gluten-free pancakes with strawberry jam… I must admit, that I envy Wiola forest view from her window and everyday walks in the woods. And if I add that she's got husband who is cutting vegetables and eating eat it's clear that life couldn't be any better!

Zdarza się, że czasami kiedy – dajmy na to – robię pranie, ogarnia mnie przyjemne uczucie. Co jest dziwne, bo ostatnio nie wszystko się dobrze układa. Lecz może “W życiu chodzi tylko o szczęście”? Autorka My Slow Nice Life mieszka w wymarzonym domu wśród drzew. Wprawia ją w dobry nastrój podsłuchiwanie natury.

Cieszy się z bycia mamą trójki dzieci, uważa, że miała “szczęście” znaleźć tak dobrego męża. Wiola odeszła z wymagającej pracy, obecnie pracuje na tarasie swojego domu. Jest bardziej zadowolona, niż kiedykolwiek wcześniej robiąc sernik z 10 jajek i pijąc kawę z kakao. Najbardziej lubię czytać o “powolnym gotowaniu”.

Leczo gotowane w siedmiolitrowym garnku – czerwona i zielona papryka, pomidory i polska kiełbasa. “Prawdziwy” sok z malin. Bezglutenowe naleśniki z dżemem truskawkowym… Przyznaję, że zazdroszczę Wioli widoku na las z okna i codziennych spacerów wśród drzew. Jeśli dodam, że ma męża, który kroi warzywa i je jada jest jasne, że życie nie może być lepsze!

Tuesday, November 24, 2015

The truth/Prawda

About two years after graduation I was still jobless. Once I got chatting with retired S. “There was a job for everyone when I was young!” - He told me. “You should be born earlier!” In his times there wasn't unemployed young people – and author didn't pay for having his book published. But things have changed since.

After several “We wish you all the very best in placing your submission elsewhere” responses, you assume that editors are not really looking for aspiring writers. A new author would often choose vanity press or self-publishing houses, but those are not selective. Their poorly edited and poorly written books don't sell.

Many authors set their expectations so high they’re sorely disappointed. I don't know if I would: I can announce to everyone that Niedorzeczni won't be out. Coming back to S. - I revealed what he said to my aunt, a very severe woman. “You should say – of I lived earlier now I would be an old fart like you!” - She told me. It's also the truth.

Około dwóch lat po ukończeniu studiów byłam wciąż bez pracy. Pewnego razu wdałam się w rozmowę z emerytowanym S. “Powinnaś się urodzić wcześniej!” - powiedział. W jego czasach było zajęcie dla młodych ludzi – a autorzy nie płacili za wydanie książek. Czasy się jednak zmieniły.

Po wielu odpowiedziach “Życzymy powodzenia gdzie indziej” można dojść do wniosku, że wydawcy nie lubią debiutantów. Nowi autorzy dość często stawiają na vanity press lub self-publishing, te jednak nie selekcjonują tekstów. Ich źle wydane i napisane książki po prostu się nie sprzedają.

Autorzy mają duże oczekiwania, a potem są zawiedzeni. Nie wiem, jak byłoby ze mną - mogę oznajmić, że Niedorzeczni się nie ukażą. Wracając do S. - powtórzyłam naszą rozmowę ciotce, bardzo surowej kobiecie. “Powinnaś powiedzieć – gdybym urodziła się wcześniej, byłabym dziś starym dziadem, jak ty!” - rzekła. To też prawda.

Sunday, November 22, 2015

Sblocca Italia

One of my friends posted Greenpeace photo on Facebook: “Shell has stopped drilling in the Alaskan Arctic! What an amazing victory for people power!”. Arctic Sea is safe from Shell, but Mediterranean one of the most threatened areas. Prime Minister Renzi’s government approved the “Sblocca Italia” decree.
The photo from www.huffingtonpost.com

Unlock Italy” is placing black wells before tourism and fishing. Now oil companies are more than welcome to come and drill anywhere in the Mediterranean area. In Puglia, the entire coast is in danger, from the natural park of Gargano to the south of the Salento peninsula, for a total of 1.6 million hectares of sea.

In all the regions of Southern Italy, committee of citizens are defending the land and the sea against the risk of extractions. On May 23 in Lanciano 60,000 people, despite the silence of the mainstream media, marched against exploration and mining. Hope this mobilization will save lovely Italy and it won't be oil spill in off the coast of Capri.

Znajoma umieściła zdjęcie Greenpeace na Facebook: “Shell zaprzestał odwiertów na Morzu Arktycznym! Wspaniałe zwycięstwo ludzkiej mocy!” Morze Arktyczne jest bezpieczne od Shell, ale Śródziemne jest jednym z bardziej zagrożonych obszarów. Rząd Renzi zatwierdził dekret “Sblocca Italia”.

Odblokuj Włochy” stawia szyby naftowe przed turystyką i rybołówstwem. Kompanie naftowe są bardziej niż mile widziane jeśli chodzi o odwierty wszędzie w rejonie Morza Śródziemnego. W Apulii w niebezpieczeństwie jest całe wybrzeże, od parku naturalnego Gargano aż do półwyspu Salento, w sumie 1,6 mln hektarów morza.

W całych południowych Włoszech, komitety obywatelskie bronią ziemi i morza przed zagrożeniem jakie przynoszą odwierty. 23 maja w Lanciano 60 tys. ludzi maszerowało w sprzeciwie wobec wydobycia ropy – na przekór milczeniu ważniejszych mediów. Mam nadzieję, ze ta mobilizacja ocali piękne Włochy i nie będzie wycieku ropy na wybrzeżu Capri...

Thursday, November 19, 2015

Como

The weather has been very good, temperatures reached 26 °C in the last weeks. It's time of olive harvest. My In-laws have a small plantation, we went there some times ago. I left alone olive picking and went for a walk. It was a lovely day, I sat on the stone looking at the sunset over the hills. Everything had warm orange colour. 
The photo from pieknaitalia.blogspot.it


I was thinking about Como. C. told me that her son was living in that rich city. Life was apparently good in the foothills of the Alps in northern Italy. Beautiful lake Como between its steep wooded shores is popular destination for tourist. There are plenty of jobs there… “Maybe also I could find something in that paradise?” - I thought.

A small lizard was running around the stone, busy with his secret life. For sure for him it was no better time than the present. He was never waiting around for happiness to come to him, lived moment to moment… Isn't, the present all what we all have? I stopped thinking about Como and looked at “smart” lizard immersed in the Reality which is the Answer.

P.S. It's my 300th post (I'm not counting “La donna cannone” ones). Even with no Como things are getting better:)

Mamy ładną pogodę,
w ostatnich tygodniach temperatury sięgają 26 °C. To czas zbioru oliwek, moi teściowie mają małą plantację, pojechaliśmy tam jakiś czas temu. Dałam spokój zbieraniu oliwek i poszłam na spacer. Dzień był bardzo piękny, usiadłam na kamieniu patrząc na słońce zachodzące nad wzgórzami. Wszystko miało ciepły, pomarańczowy kolor.

Myślałam o Como. C. powiedziała, że jej syn mieszkał w tym bogatym mieście. Życie wydaje się dobre u stóp Alp w północnych Włoszech. Piękne jezioro Como z zalesionymi brzegami przyciąga turystów. Jest tam wiele miejsc pracy… “Może i a mogłabym coś znaleźć w tym raju?” - myślałam.

Mała jaszczurka biegała wokół kamienia, zajęta tajemniczym życiem. Na pewno nie znała lepszego miejsca, niż teraźniejszość. Nie oczekiwała jakiegoś przyszłego szczęścia, żyła z chwili na chwilę. Ostatecznie, czyż teraźniejszość nie jest wszystkim, co mamy? Przestałam myśleć o Como, patrzyłam na “mądrą” jaszczurkę, zanurzoną w rzeczywistości, która jest odpowiedzią.

P.S. To mój 300. post (nie liczę “La donna cannone”). Nawet bez Como sprawy mają się coraz lepiej:)

Saturday, November 14, 2015

Taking revenge/Biorąc odwet

When my son was only small, I was so proud of him!” - Mrs. W. had said. “I was sure that everyone was envy of me!” My mother used to study in Zamość in the 1960s. She rented a room in Mr. and Mrs. W. wooden home. The elderly couple was like a family to her. Every time when their son was coming, Mrs. W. refused to see him.

She told my mother why. They used to live in Volhynia and were testimony to the massacres of Poles. Before World War II Volhynia was part of Poland. In the years 1943-1944 Ukrainian Insurgent Army (UPA) carried out ethnic cleansing. The actions resulted in about 60,000 Polish deaths. Mrs.W.'s son joined a group of armed men.

They were killing Ukrainians, taking revenge for deaths of Poles. He took life of many people. The family of W. was lucky to survive, the war was gone but never forgotten. The mother couldn't accept that her son committed horrible crimes. One is raising children, but he doesn't know what is waiting for them.

Kiedy mój syn był mały, byłam taka z niego dumna!” - opowiadała W. “Myślałam, że wszyscy mi zazdroszczą!” Moja mama studiowała w Zamościu w latach 60. Wynajmowała pokój w drewnianym domu państwa W. Starsze małżeństwo było dla niej jak rodzina. Kiedy odwiedzał ich syn, pani W. nie chciała go widzieć.

Powiedziała mojej mamie, dlaczego. Mieszkali na Wołyniu i byli świadkami masakry Polaków. Przed II wojną Wołyń stanowił część Polski. W latach 1943-1944 Ukraińska Powstańcza Armia (UPA) przeprowadzała tam czystki etniczne, których wynikiem była śmierć około 60 tys. Polaków. Syn pani W. dołączył do grupy uzbrojonych mężczyzn.

Zabijali Ukraińców w odwecie za śmierć Polaków. Odebrał życie wielu ludziom. Rodzina W. przetrwała, wojna skończyła się lecz nie została zapomniana. Matka nie umiała zaakceptować, że jej syn miał na sumieniu okropne zbrodnie. Człowiek wychowuje dzieci, ale nie wie, co na nie czeka.

Thursday, November 12, 2015

Every day-call/Codzienne wołanie

I just turned on my computer when I heard T.'s voice. “Danka!” - The old woman called. I came out on the balcony. “I just bought cicorium but I forgot about potatoes!” - She told me. T. likes chatting, I listened impatiently, my mind on other thing: my computer. Every day I spend about 1-1,5 hour on the Internet. 
THE PHOTO FROM RIDI E CONDIVIDI

Writing a post takes me about 1 hour every three or four days. Controlling my email accounts takes 10 – 15 minutes daily. After doing it, I scroll through Facebook or read about the model who is painfully thin. You feel like there is something “to look forward” online. You're not wasting my time but waiting for something better to happen.

A brilliant message on email account, or super stuff to buy. Something you really have to know. The life seems nothing but daily routine while Internet seems to have it all. So instead of seeking “real” satisfaction we tend to perceive it online. But “A life that could have been but never was is effectively a wasted life.”

P.S. On the photo: I'll be like that after 30 years...

Właśnie włączyłam komputer, kiedy usłyszałam głos T. “Danka!” - wołała staruszka. Wyszłam na balkon. “Kupiłam cykorię, ale zapomniałam o ziemniakach!” - mówiła. Lubi gawędzić, słuchałam zniecierpliwiona, myśląc i czymś innym: o moim komputerze… Każdego dnia spędzam godzinę-półtorej w sieci. Pisanie posta zajmuje mi około godziny co trzy-cztery dni.

Sprawdzenie poczty 10-15 minut codziennie. Uporawszy się z tym, relaksuję się na Facebook lub czytam o modelce, która okropnie schudła. Ma się wrażenie, że w sieci jest to “coś”. Nie marnujesz czasu, lecz czekasz, aż to “coś” się wydarzy. Wspaniała wiadomość w poczcie mailowej, super oferta do kupienia.

Coś, co musisz koniecznie wiedzieć. Życie zdaje się być tylko codzienną rutyną, masz jednak wrażenie, że w Internecie jest wszystko. Zamiast więc szukać “prawdziwej” satysfakcji, dostarczasz jej sobie w sieci. Ale “Życie które mogło być, ale nie było, to faktycznie zmarnowane życie”.


P.S. Na zdjęciu: oto jaka będę za 30 lat...

Saturday, November 7, 2015

Here was her home/Tu był jej dom

I remember only the title of the book I had read when I was small: “Here was her home”. It makes me think about the house which isn't mine anymore. My father had a farm: a big garden, an orchard with old apple trees and the meadow. Sometimes I walked from Chełm. I liked taking a short-cut, I walked through fields to my dad's meadow.

Sometimes I saw him there cutting the grass or grabbing the hay. There was at least one of his dogs with him. Dad had plenty of cats, chickens and a black cow. He loved that slowly life and his ground meant everything to him. My mother worked, but she would always give him a hand in the garden. I remember dad milking his cow.

Mom joked that the cats was drinking milk from the bucket while he was doing it. I won't forget sour gooseberry, the first fruits in the spring. The “old house” where my dad was born. My mum's over salted chops and her mathematics books. It's all gone now, but I believe that sometimes, in another space of variations I'll be walking home through the meadows.

Pamiętam tylko tytuł książki, którą czytałam, kiedy byłam mała: “Tu był jej dom”. Przywołuje myśl o domu, który nie jest już mój. Ojciec miał gospodarstwo: duży ogród, sad ze starymi jabłoniami i łąkę. Czasami wracałam na piechotę z Chełma. Lubiłam skróty, szłam przez pola aż do łąki ojca.

Bywało, że widziałam go koszącego lub grabiącego siano. Zawsze był z nim chociaż jeden pies. Ojciec miał dużo kotów, kury i czarną krowę. Kochał to spokojne życie i ziemia była dla niego wszystkim. Mama pracowała, ale zawsze pomagała mu w ogrodzie. Pamiętam go, dojącego krowę.

Mama żartowała, że koty piły mleko z wiadra, kiedy to robił. Nie zapomnę kwaśnego agrestu, pierwszych owoców na wiosnę. “Starego domu” gdzie urodził się ojciec. Przesolonych kotletów mamy i jej matematycznych książek. To już minęło, ale wierzę że kiedyś, w innej przestrzeni wariantów, znów wrócę do domu przez łąki.