Saturday, January 28, 2017

Any hope/Jakaś nadzieja

I wanted to send a parcel few weeks ago, but the internet was down. „Is it any hope?” - I asked after 30 minutes of waiting. „Who lives by hope will die desperated” - The clerk said (in Italian: chi di speranza vive, disperato muore). Since I was young I used to say my „wish” at middnight on New Year Eve. 

Often I would forget it, but I don't think that one of those was granted. I didn't do it last year. In the end of the day, whispering: „I wish I'll be happier” means passively waiting for the happiness to come. Stop hoping, start acting, they say. It sounds like poor coaching (and coaching is 99% bullshit, they say).

But I believe that we can make our own happiness by doing what we can (acting). Anyway, I sent the parcel December 7, but two weeks later it didn't arrive in the hands of the reciper. I was sure that the package is lost (it was not registered parcel) but December 21 I got the message that it was finally delivered! You should never lose hope, they say.

Chciałam wysłać paczkę parę tygodni temu, ale internet szwankował. „Czy jest jakaś nadzieja?” - zapytałam po pół godzinie czekania. „Kto żyje nadzieją, umrze zdesperowany” - odparł urzędnik (po włosku: chi di speranza vive, disperato muore). Od czasów młodości wypowiadałam „życzenie” w sylwestrową północ.

Często je zapominałam, ale nie sądzę, żeby się któreś sprawdziło. Nie zrobiłam tego w zeszłym roku. W ostatecznym rachunku szeptanie: „Chcę być szczęśliwsza!” znaczy bierne czekanie na to całe szczęście. Zacznij działać zamiast mieć nadzieję, mówią. Zalatuje coachingiem (a coaching to w 99% gówno, mówią).

Ale wierzę, że nasze szczęście jest do zrobienia – jeśli robimy, co do nas należy (działamy). W każdym razie, wysłałam paczkę 7 grudnia, ale dwa tygodnie potem nie dotarła do odbiorcy. Byłam pewna, że pakunek przepadł (nie wysłałam go poleconym) ale 21 grudnia dostałam wiadomość, że go dostarczono! Nie trać nadziei, mówią.

Thursday, January 26, 2017

Every third day/Co trzeci dzień

This blog got 4,379 visitors on the very first day I opened it” - Jon Morrow wrote. That's impressive! I'm certainly far from that: the first year or so I was glad with 20 visitors per day. I remember my surprise when Non smokers got about 100 views. I was asking myself: why this one? 4 years on I'm still not sure what types of post people like to read. 
www.topissimo.fr

Let's take 1: I confessed that two months since my debut I have sold only one book. They say that everyone likes observing disasters, but the post about a failure got only 40 views. Few days later I wrote that we got some snow in generally hot Bari: 287 views so far. People don't pay attention to aspiring writer's struggle, but they like learning new things?

My last post got 189 views: was it because I mentioned my scar? Maybe I would grow my blog's audience informing that I'm beating my husband every second day, but what's the point? Writing is more important that all that traffic: it helps me to realize that I have something to say, teaches to look for inspiration (never mind if I got 4,379 visitors or only 1).

Ten blog miał 4,379 odwiedzin pierwszego dnia swojego istnienia” - napisał Jon Morrow. Robi wrażenie! Z pewnością daleko mi do tego – przez mniej więcej pierwszy rok cieszyłam się z 20 wyświetleń dziennie. Pamiętam zdziwienie ze 100 odwiedzin Niepalących. Czemu ten, myślałam. 4 lata później nie jestem pewna, co ludzie chcą czytać.

Weźmy 1: wyznałam, że dwa miesiące od debiutu sprzedała się jedna moja książka. Mówi się, że wszyscy lubią obserwować katastrofy, ale post o porażce miał tylko 40 wyświetleń. Parę dni potem napisałam, że w ciepłej zazwyczaj Bari spadł śnieg: jak dotąd 287 odwiedzin. Ludzi nie obchodzi mordęga debiutanta, ale lubią dowiedzieć się czegoś nowego?

Mój ostatni post miał 189 wyświetleń: czyżby dlatego, że wspomniałam o bliźnie? Może zwiększyłabym oglądalność informując, że spuszczam mężowi omłot co drugi dzień, ale po co? Pisanie jest ważniejsze od ruchu na blogu: uświadamia, że mam coś do powiedzenia, uczy szukania inspiracji (nieważne, czy mam 4,379 odwiedzających czy jednego).




Sunday, January 22, 2017

Wearing a swimsuit/Nosząc kostium

Earlier in the year I decided to embrace my body” - Emma wrote. „Although I am clearly still a bit of a chubster here is me and my beauts screaming in the sea at the British seaside. Nobody vomited when they saw me. No men screamed "good god is that a whale!". In fact? No one gave a sh*t”. Wearing a swimsuit doesn't seem like a big deal. 
brummymummyof2.co.uk

But sometimes it is. I have a scar – a reminder from 13 years ago when I wanted to make myself a cup of tea. For a long time I wasn't even thinking of being out in public in a bathing suit. Only when we went to live in Italy I was forced to confront my phobia. In first three years I was avoiding the seaside, or sitting on the beach in my sheer cover-up.

In the summer 2015 I discovered the swimming, and started enjoying the new experience. One day I went to the sea with Angelo's parents. My father-in-law noticed that I hesitated taking my beach dress off. „You have to get undressed Danka. We do it in Italy!” - He said. „Also I'm full of mess” - His wife added. Since then swimsuits were not my enemies!

Wcześniej tego roku zdecydowałam odkryć moje ciało” - napisała Emma. „Choć widać, że wyglądam jak pyza, oto ja i moje piękności krzyczące nad brytyjskim morzem. Nikt nie wymiotował na mój widok. Żaden pan nie darł się: 'Chryste, wieloryb!'. W rzeczywistości g*** to kogoś obeszło”. Noszenie kostiumu nie wydaje się problemem.

Czasami jednak jest. Mam bliznę – pamiątkę sprzed 13 lat, kiedy to chciałam zaparzyć sobie herbaty. Przez długi czas nawet nie myślałam o pokazywaniu się ludziom w kostiumie. Dopiero kiedy przenieśliśmy się do Włoch zostałam skonfrontowana z fobią. Przez pierwsze 3 lata unikałam morza, albo siedziałam na plaży w tunice.

W lecie 2015 odkryłam pływanie i zaczęło mi się podobać to nowe doświadczenie. Pewnego razu pojechałam nad morze z rodzicami Angelo. Teść zauważył że waham się ściągając okrycie. „Danka, musisz się rozebrać. Tak robimy we Włoszech!” - powiedział. „Też mam pełno świństwa!” - dodała jego żona. Od tego czasu kostium nie jest moim wrogiem!




Thursday, January 19, 2017

Coldest in 100 years/Zima stulecia

I understand why you wanted to be back to Italy” - I said to my husband one warm day of December. „It's Christmas and the sun shines, the butterflies fly”. After few years in Basilicata I got used to Mediterranean climate, but Bari seems particularly hot. Only in November I started putting my light jacket on. The temperatures rarely drop below 15°C. 

But the worst was yet to come. In early January the forecasters predicted unusual cold. Friday the 6th the temperature dropped suddenly to 4°C. Saturday the 7th we saw the snow: in Bari it's something which would disappear after few hours but this time was different. I walked home with grocery bags slipping on the ice and shaking in cold.

The people from WhatsApp group for parents started sharing news about school closing (Monday and Tuesday). Wenesday morning there was still some snow: it was gone and on Friday we enjoyed 11°C. But the coldest winter in 100 years is still here. The last few mornings car thermometer was showing the outside temperature 1°C. Scary…

Rozumiem czemu chciałeś wracać do Włoch” - powiedziałam do męża pewnego ciepłego dnia w grudniu. „Jest Wigilia a słońce grzeje, latają motyle”. Po paru latach w Basilikacie przywykłam do śródziemnomorskiego klimatu, ale Bari jest szczególnie ciepła. W listopadzie zaczęłam wkładać lekką kurtkę. Temperatury rzadko spadały poniżej 15°C.

Ale najgorsze miało nadejść. W początku stycznia prognozy zapowiadały nadzwyczajne zimno. W piątek (6.01) temperatura nagle spadła do 4°C. W sobotę spadł śnieg: zazwyczaj w Bari po paru godzinach nie ma po nim śladu, ale tym razem było inaczej. Wracałam do domu z zakupami ślizgając się po lodzie i trzęsąc z zimna.

Ludzie z grupy WhatsApp dla rodziców zaczęli dzielić się informacjami o zamknięciu szkół (poniedziałek i wtorek). W środę rano wciąż widać było śnieg: znikł i w piątek wszyscy cieszyli się z 11°C. Ale zima stulecia jeszcze się nie skończyła. Ostatnie kilka ranków termometr samochodowy wskazywał że na zewnątrz jest 1°C. Robi wrażenie...

Sunday, January 15, 2017

1

I'm one of those fortunate writers who did something special. It's been two months since my debut and I only one book have been sold yet. If you have achieved something rare, you want to reveal it, so there is an interview: I am talking to Publishing Phenomenon. „I: Do you feel disappointed? PP: I've had realistic expectations.
smartblogger.com

I know that most books don't sell. Self-publishing author would most likely pass unnoticed. I: But only one copy? PP: Bought by mistake by one of the book bloggers! I would send it to him for free. I: Why „Matera 2019” is struggling to sell? PP: Maybe because people judge books by their cover. Almost all of book bloggers criticized my picture!

I: What did they say about the book? PP: Generally – that it's too short. But I got positive reviews as well. I: Is self-publishing a good idea? PP: It's an option: every author wants what they write to read. Achieving publishing success is rare for unknown author, but whatever happens you can write about it”. So I did, and I illustrated it!

Należę do pisarzy, którym udało się dokonać czegoś wyjątkowego. W ciągu dwóch miesięcy od debiutu sprzedałam tylko jedną książkę. Jeśli masz rzadkie osiągnięcia, chcesz o tym opowiedzieć. Oto wywiad: Ja rozmawiam z Wydawniczym Fenomenem. „J: czujesz się zawiedziona? WF: Byłam realistyczna w moich oczekiwaniach.

Wiedziałam że większość książek się nie sprzedaje. Autor który sam się opublikował najpewniej przejdzie niezauważony. J: Ale jeden egzemplarz? WF: Kupiony przez pomyłkę przez jednego z blogerów książkowych! Wysłałabym mu ją gratis. J: Dlaczego „Matera 2019” się nie sprzedaje? WF: Może ludzie sądzą książkę po okładce. Blogerzy krytykowali mój obrazek!

J: Co napisali o książce? WF: Zasadniczo – że jest za krótka. Miałam też dobre recenzje. J: Czy self-publishing to dobry pomysł? WF: To jakaś opcja: każdy autor chce, żeby go czytano. Osiągnięcie sukcesu wydawniczego przez nieznanego pisarza to rzadkość, ale cokolwiek się stanie, można o tym napisać”. Tak zrobiłam. Dodałam też ilustracje!

Thursday, January 12, 2017

Là-bas

S. is always packing a lot of luggage for a holidays. “I'm also taking a bottle of disinfectant with me” - She says. Travel is transformation, if you don't want to change and go with the flow you won't separate yourself with Amuchina. My grandfather Józef was born before World War I. He was a poor villager, but liked reading. 100 years ago Argentina was a rich country.

My grandfather – like many others – believed that you'll find a gold on the streets of Buenos Aires. To afford the trip he sold a field he owned, left his wife with small children and went far away from the village, like in the song Là-bas:
There/Everything is new and everything is wild
Free continent without wire fencing
Here our dreams are narrow/That's why I'll go there
Translation from lyryctranslate.com.

After one year Józef Markiewicz was back home, poorer than he used to be. Over the next few years he was farming. He died in 1938 leaving the widow with four children. The youngest (my father) was only one year-old. The key to happiness is having dreams, they say. But sometimes even if you change direction, you'll end up where you are heading.

S. zawsze pakuje dużo walizek na wakacje. “Zabieram też środek dezynfekujący” - mówi. Podróż oznacza transformację, jeśli nie chcesz się zmienić, iść z nurtem nie rozdzielisz się z butelką Amuchiny. Mój dziadek Józef urodził się przed pierwszą wojną. Był ubogim chłopem, ale lubił czytać. 100 lat temu Argentyna była bogatym krajem.

Mój dziadek – jak wielu innych – uwierzył, że znajdzie złoto na ulicach Buenos Aires. Aby sfinansować podróż, sprzedał kawałek pola, zostawił żonę z potomstwem i pojechał daleko od swojej wsi, jak w piosence Là-bas:
Tam/Wszystko jest nowe i dzikie
Wolny kontynent bez krat
Tutaj, nasze marzenia są ciasne/I dlatego pojadę tam
Tłumaczenie tekstowo.pl.

Po roku Józef Markiewicz wrócił do domu, jeszcze biedniejszy niż wcześniej. Przez kolejne parę lat uprawiał ziemię. Zmarł w 1938 r. zostawiając wdowę z czworgiem dzieci. Mój ojciec był najmłodszy i miał jeden rok. Kluczem do szczęścia są marzenia, mówią. Czasem jednak nawet, jeśli zmienisz kierunek, skończysz tam, gdzie zmierzałeś wcześniej. 

Sunday, January 8, 2017

Safe zone/Bezpieczna zona

We stayed with my in laws last summer. Every evening people would leave their houses, and chat till late hours. „Let me call A.” - M. said one day. „She would stay at home all day!”. I never met her in the four years in the industrial estate, but she lives there for a long time. „Everyone who lives at Pisticci is becoming attached to it.”- A. insisted. „You will be back!”

You will be back!” In fact I felt that I wasn't ready to leave. I felt really comfortable here, and knew what to expect. The biggest fear is of the unknown, but staying in our routine can be a trap. A bit of dicomfort is better than becoming stagnant. „A man grows most tired standing still” (Chinese proverb). Us,humans we are built to move.

Discomfort is a fuel, it will force us to be more creative. At 11 PM it was still nice and hot outside, but we decided it's time to co home. „See you later!” - I said to A. „You know where to find me” - She smiled. „Maybe after 20 years you also I will be still here!” - I said, but deep im my heart I wasn't sure if I was joking...

Mieszkaliśmy u teściów zeszłego lata. Każdego wieczoru ludzie wychodzili z domów i gawędzili do późnej nocy. „Zadzwonię do A.” - rzekła M. któregoś wieczoru. „Nie wychodzi z domu całymi dniami!”. Nie spotkałam jej w ciągu czterech lat na osiedlu przemysłowym, ale mieszka tu od dawna. „Kto żyje w Pisticci, przywiązuje się do niego.” - twierdziła A. 

Wrócicie!” Rzeczywiście czułam, że nie jestem gotowa na przeprowadzkę. Było mi tu wygodnie, wiedziałam czego się mogę spodziewać. Boimy się nieznanego, ale tkwienie w rutynie może być pułapką. Odrobina niewygody jest lepsza niż stagnacja. „Człowiek męczy się najbardziej, kiedy stoi w miejscu” (chińskie przysłowie). Ludzie stworzeni są do ruchu.

Niewygoda to paliwo, zmusza do bycia kreatywnym. O 11 wieczorem było wciąż ciepło i przyjemnie na dworze, ale zdecydowaliśmy, że czas wracać do domu. “Do zobaczenia!” - rzekłam. “Wiesz gdzie mnie znaleźć” - uśmiechnęła się A. “Może za 20 lat też sama tutaj będę” - rzekłam, ale w głębi duszy nie byłam pewna, czy to żart...

Thursday, January 5, 2017

The opposite effect/Przeciwny efekt

I would say, ‘Ma, I don’t wanna eat fish.' She would go, ‘What do you want, honey? I’ll make you something else.’ My mother’s 94 now, and she’s still like that” - C.Palminteri wrote. It remindes me of the chatty old lady who would always talk about her son and his family. They live far away, and very rarely visit. The elderly lady lives alone.
 englishrussia.com/

She enjoyed a good health into older age. Unfortunately she had a fall, and needed an operation. We were suprised that the son never went to see her. His mother didn't complain about it when she was back home after two months in two hospitals. „He would call every day!” - She said. „Besides, he topped my mobile with 100€”.

The Christmas season passed, and Easter as well. She would explain to everyone that he son won't come because he can't take a vacation, and the plane tickets are costy. „I don't want them to come!” - She told me last summer. „What's the point? I'm still unwell, I can't cook for all of them!” I understood that she's expected to do everything for her son, and not in the contrary.

Mówię: 'Ma, nie chcę ryby'. Ona na to: 'Co zjesz, kochany? Zrobię ci coś innego'. Moja matka ma 94 lata i wciąż jest taka sama” - napisał C.Palminteri. Przypomina mi to rozmowną starszą panią, która wciąż mówi o synu i jego rodzinie. Mieszkają daleko i odwiedzają ją z rzadka. Staruszka mieszka samotnie.

Cieszyła się dobrym zdrowiem do późnego wieku, niestety zdarzył się upadek i potrzebna była operacja. Byliśmy zdziwieni kiedy jej syn się nie zjawił. Matka nie narzekała, gdy wróciła do domu po dwóch miesiącach w dwóch szpitalach. „Dzwoni do mnie codziennie!” - mówiła. „Poza tym, doładował mi telefon na całe 100 euro!”

Minęło Boże Narodzenie i Wielkanoc. Wyjaśniała wszystkim, że syn jej nie odwiedził, bo nie mógł wziąć ferii i że bilety lotnicze kosztują. „Nie chcę, żeby przyjeżdżali!” - powiedziała mi zeszłego lata. „To nie ma sensu, nie stanęłam jeszcze na nogi, nie mogę dla nich gotować”. Zrozumiałam, że to ona ma robić wszystko dla syna, a nie odwrotnie.