Wednesday, December 1, 2021

23.A course in miracles/Kurs cudów

 

It started snowing: I like it, in contrast to the rain. I rode my bike to Chełm, and come back tired and soaked, but happy. The ride in the wind gives you energy. In the evening my brother dropped by. “A big cold is coming!” – He told me. I felt worried: after 10 years in Southern Italy, the winter freeze is impressive. Some time after J. appeared. “I smell gas!” – He told me. “You are using propane and butane, it’s dangerous! You can go to sleep, and not wake up anymore.” 

He scared me: new gas stove from Castorama looked nasty… I left the house, the cold wind made me feel helpless… “Hell is other people” – Sartre said. Since I left my old life, they practically disappeared. I was left alone with darkness my old friend. The hell is a state of mind. My depression started back in 2011 in beautiful, hot Basilicata. We spent a lot of time at my in-laws.

Angelo’s mother cooked nice pasta, I watched TV with Grandma, and hated everyone. Last summer I spent a month under the stars. Night in the mountains is quite chilly. I slept on the ground, or the bench, shaking with cold sometimes… Still, I was fine, and look upon it as an adventure! You may like the cold, and snowflakes in the wind… We’re trapped in the prison of our mind, programmed to link words: “low temperature” with fear. It’ll take a miracle, to get us out of there.

Zaczął padać śnieg: lubię go, w przeciwieńswie do deszczu. Pojechałam rowerem do Chełma, wróciłam przemoczona, zmęczona, całkiem szczęśliwa jednak. Jazda na wietrze dodaje energii. Po południu zajrzał do mnie brat. „Nadchodzą większe chłody!” – powiedział. Zaczęłam się niepokoić: po 10 latach w południowych Włoszech, zimowe mrozy robią wrażenie! Jakiś czas potem pokazał się J. „Czuję gaz!” – oznajmił. „Używasz propan-butan, jest niebezpieczny. Możesz położyć sie spać i więcej nie obudzić.”

Przestraszył mnie, nowy piecyk z Castoramy wyglądał nieprzyjemnie. Wyszłam z domu, bezradna na zimnym wietrze… “Piekło to inni” – mówił Sartre. Odkąd porzuciłam dawne życie, oni prawie znikli. Zostałam sama z moim przyjacielem ciemność. Piekło to stan umysłu. Moja depresja zaczęła się w 2011 w pięknej i ciepłej Basilicacie. Spędzaliśmy dużo czasu u teściów.

Matka Angelo gotowała dobry makaron, oglądałam TV z babką i nienawidziłam wszystkich. Zeszłego lata spędziłam miesiąc pod gołym niebem. Noce w górach są chłodne, bywało że trzęsłam się z zimna, śpiąc na ławce albo na ziemi. Pomimo wszystko, dobrze się czułam, wspominam całą rzecz jako przygodę! Można lubić zimno, płatki śniegu na wietrze... Jesteśmy uwięzieni w umyśle, zaprogramowani, by łączyć słowa „niska temperatura” z lękiem. Trzeba cudu, aby się uwolnić.

Monday, November 29, 2021

22.A course in miracles/Kurs cudów

 

I’m trying to be optimistic, but sometimes my lonely life is becoming a burden. Yesterday I spoke for a while with a man who is delivering a gas… His wife works in Germany. She’s going to be away for Christmas: they don’t pay, if you’re off. I had a little talk with my brother: he was going out for a pizza. In the evening I went for a walk, lost in thoughts. 

My world means “I” - thinking is some form of caring of pitying for myself. Our neighbour, therefore, comes into play.  I went to buy daily bread, and trying not to look at tasty cake… “You need to wear your face mask!” – A man told me. “There is a police car outside, you can get a ticket.” In the parking lot next to the church I saw the police. “Are you writing tickets for not wearing a face mask?” – I asked.

He confirmed: from 50 to 500 Polish złoty. I wanted to know if he finds it right. “It doesn’t matter what I think!” – He said. It’s true – men are not much! On my way home I realised that I did the right thing: leaving the world where nobody respects your opinion.  I wants to be like everybody else, just to have it little easier… Getting your own way takes courage and strength. It’s a miracle.

Staram się być optymistką, czasem jednak ciąży mi samotność. Wczoraj rozmawiałam przez chwilę z dostawcą gazu... Żona pracuje w Niemczech, nie wróci na święta żeby nie stracić pieniędzy. Zamieniłam parę słów z bratem: wybierał się na pizzę. Wieczorem poszłam do sklepu, pogrążona w myślach.

Mój świat to „ja” – myślenie to pewna forma użalania się albo troski o mnie. Z pomocą przychodzi bliźni. Kupowałam codzienny chleb, starając się omijać wzrokiem apetyczne ciasto, kiedy ktoś się odezwał: „Musisz założyć maseczkę, na zewnątrz jest policja, jeszcze złapiesz mandat!” Zobaczyłam radiowóz na parkingu koło kościoła. „Wypisujecie mandat za nienoszenie maseczki?” – spytałam.

Potwierdzili: od 50 do 500 złotych. Chciałam wiedzieć, czy uważają to za słuszne. „Nie ma znaczenia, co myślimy!” – usłyszałam. To prawda – człowiek się nie liczy! Wracając do domu pojęłam, że odejście ze świata, który lekceważy naszą opinię jest słuszne. Chcemy być tacy, jak inni, żeby sobie ulżyć... Chodzenie własną ścieżką wymaga siły i odwagi: to prawdziwy cud.